Kultura

Sztuka na murach i pod ścianą

MG_7579_1-810x540
Autor: Maria Reut

Pytanie o źródło tej potrzeby (potrzeby artystycznej wypowiedzi) jest jednym z takich pytań, których rozważanie i opisy zapełniają biblioteki świata.

To jedno z najważniejszych pytań, jakie człowiek może sobie postawić, jest to bowiem pytanie o rozumienie siebie samego. Warto o tym wspomnieć, choć w tej krótkiej wypowiedzi nie będziemy przecież analizowali złożonych kontekstów tego pytania. Zajęcie się pytaniem o motywacje towarzyszące działaniom twórczym wymagałoby dłuższego wywodu. Co innego przecież np. prace Banksy’ego, co innego zamówione malatury wielkoformatowe, co innego wrocławskie krasnale pospiesznie malowane na murach, co innego „UWP” pisane nocą, a co innego współczesne tagi, szablony, wlepki itp. Nie możemy mówić o wszystkim jednocześnie. Nie możemy też podobieństw pozornych traktować jako istotnych.

Swoboda (ryzykownej niekiedy) wypowiedzi…

Pamiętać przede wszystkim warto, że street art jest nie tylko sztuką na ulicy, ale też sztuką ulicy, jest swobodą (ryzykownej niekiedy) wypowiedzi. W słownikowych określeniach podkreśla się często spontaniczność, bezprawność, ingerencyjny charakter tej formy działania i zaznacza zazwyczaj, że „nie dla wszystkich jest to sztuką”. Przekornie można by zapytać: A jaki rodzaj sztuki „dla wszystkich jest sztuką”? Jaki jest nieingerencyjny, niespontaniczny, uzgadniany wcześniej z prawnikami? Ta przekora nie może jednak iść za daleko, bo rozmawiamy przecież także o niszczeniu, którym może być pokrywanie kibolskimi napisami zarówno odnowionych zabytków, jak i czyjejś bramy do garażu. Dlatego kilkakrotnie będę podkreślała potrzebę różnicowania i niebezpieczeństwo popełniania błędu pars pro toto.

…nie czyta książek…

A oto ważny przykład ilustrujący wspomnianą złożoność, a jednocześnie wyraźnie pokazujący możliwości tej formy wyrazu i konteksty jej społecznego oddziaływania. W Łodzi, na murach i nie tylko na murach, pełno było napisów o ŁKS i o Widzewie. Ich treści nie muszę przytaczać, znamy taki, dosyć powszechnie obecny, rodzaj słownej ekspresji. Pewnego dnia (ponad dwa lata temu) zaczęły pojawiać się jednak takie np. napisy: ŁKS nie czyta książek, ŁKS korzysta z Naszej Klasy, ŁKS nie wita dnia uśmiechem, Widzew śmiał się na Kac Wawie, ŁKS żartuje z poważnych tematów, ŁKS nie chodzi na premiery itd.

Uogólnienie i niezrozumienie?

Nie doceniono tego wydarzenia (społecznego, artystycznego). W internetowych dyskusjach wskazywano wprawdzie na „poczucie humoru” autora/autorów takich napisów, ale na tym się kończyło, na akceptacji tej „śmieszności”. Zazwyczaj jednak uznawano te działania za takie same „zasługujące na karanie” „akty wandalizmu”, jak wszelkie „mazanie po murach”. Nie docenili (i nie zrozumieli chyba) tych działań również ci naśladowcy, którzy zaczęli umieszczać w miejscach publicznych różne „dowcipne” wyrażenia jako sposoby wzajemnego obrażania się różnych grup.

Karanie i powstrzymywanie…

Zależy jakich ludzi, przed jakim malowaniem i na jakich murach. Zanim powiem o jeszcze tym właśnie wielorakim zróżnicowaniu, to chcę zdecydowanie podkreślić, że nie od projektowania kar proponowałabym zaczynać namysł nad tą sprawą. I to nie tylko dlatego, że – jak wiemy – wcale nie jest tak, że kary powstrzymują ludzi przed nieakceptowanymi przez innych działaniami (w niektórych okolicznościach świadomość zagrożenia karą może wręcz zachęcać do działania). Nie jest też tak, ze wysokość kary odgrywa tu rolę decydującą. To ważny element wyrażania dystansu wobec kar. Ten rodzaj dystansu wspierałby się jednak głównie myśleniem eksponującym wątek „efektywności/nieefektywności kary”.

Nie o nieskuteczność kary jednak tylko chodzi. Bo czy – wyobraźmy sobie – gdybyśmy wynaleźli i opracowali jakiś „system kar skutecznych”, to należałoby już tylko pomyśleć o organizacyjnym opracowaniu sposobów jego stosowania? Czy też – zanim pójdziemy w tym kierunku (a bardzo często tzw. opinia publiczna, całkiem poważnie, takiego właśnie kierunku się domaga) – nie powinniśmy pomyśleć o sprawach bardziej zasadniczych, niż tylko zakładana skuteczność jakiegokolwiek ludzkiego działania (tu: karania)? A odpowiadając wprost na pytanie o możliwości powstrzymywania ludzi przed malowaniem na murach powiedziałabym, że niektórych ludzi to nawet chciałabym zachęcać do niektórych rodzajów malowania na niektórych murach. Domyślam się jednak, że w pytaniu zawarta jest też troska o stan odrestaurowanych kamienic i możliwości ich ochrony przed wandalami.

Chcę więc zaznaczyć, że moja wypowiedź, krytycznie odnosząca się do myślenia o karach, nie umniejsza wagi namysłu na temat odpowiedzialności osoby za swoje czyny. Warto jednak choć krótko wspomnieć o tym, że myślenie o problemie głównie (czy jedynie) w perspektywie kar (i ich wysokości) nie ułatwia ani zrozumienia zjawiska mazania po murach, ani organizacji ochrony kamienic. I znów przekornie powiem, że wolałabym mieszkać w mieście (w kraju), w którym są pomazane mury, niż w takim, w którym są czyste mury, bo wszyscy sprawcy są za murami więziennymi. Tak, jak wolę chodzić po zaśmieconych np. niedopałkami ulicach, niż po czystych ulicach w kraju, gdzie za śmiecenie karze się publiczną chłostą. Każdy może powiedzieć, że chciałby i bez chłosty i bez śmieci (bez pomazanych ścian i bez konieczności odstraszającego karania sprawców mazania). Problem jednak polega na tym, że rzeczywistość (na całe szczęście, ale to już inny problem) nie pasuje do naszych wyobrażeń.

Stereotypy…

Dlaczego tak ważne jest nie wyłączanie sprawy mazania po murach z najogólniej choćby zarysowanych zagadnień funkcji kary, dylematów wolności, znaczenia odpowiedzialności? Jednym z najistotniejszych powodów jest to, że ów mażący po murach ukształtował się w potocznej wyobraźni jako wyraźny stereotyp i spełnia wymagania wyobrażonego modelu sprawcy: ma określony wygląd (ubiór), nie chodzi do szkoły, jest chamski, używa pewnych słów i używek itd. Taki potoczny opis sprzyja już prostym wyjaśnieniom okoliczności i motywów działań sprawców i umożliwia ukierunkowanie uogólnionej obronnej agresji „porządnych obywateli”. Zauważmy też, ze w wielu medialnych dyskusjach na temat malowania na ścianach mówi się o pomazanych murach, a następnie debatuje się głównie o karaniu i pojawiają się takie oto np. wyrażenia, że trzeba z tym (z tym mazaniem) skończyć „raz na zawsze”…

O ile mazanie po brudnych murach można jakoś zrozumieć, to trudno pojąć to, że na wyremontowanych kamienicach w ciągu doby pojawiają się już mazania – podkreśla się niekiedy. „Mazanie” na brudnych murach wcale nie musi być czymś mniej szkodliwym, mniej dewastującym przestrzeń publiczną, niż na czystych. Niszczenie tych czystych jest jednak czymś bardziej oburzającym, a także bardziej kosztownym. Zauważmy jednak z drugiej strony (tylko krótko do tego zróżnicowania się odniosę), że jeśli łatwiej „pozwalamy” na malowanie na brudnych murach, to zazwyczaj dlatego, że całe to malowanie uważamy za małowartościowe, za tyle samo warte, co brud tych murów. A przecież, jeśli tylko zadamy sobie trochę trudu (spacerowego i intelektualnego), to zobaczymy interesujące obiekty tworzone także na brudnych śmietnikach i garażowych ścianach. Są jednak takie sposoby ochrony (nie są one bardzo kosztowne, a z pewnością wielokrotnie tańsze niż np. odnawianie kamienicy, czy jej nieustanne pilnowanie), które polegają na zabezpieczeniu cennej powierzchni (ściany, mostu itp.) specjalną powłoką ochronną uniemożliwiającą nanoszenie malunków.

Najlepszym jednak sposobem chronienia kamienic, katedr, mostów i hipermarketów przed „mazaniem” jest udostępnienie wybranych (specjalnych) ścian do swobodnego wykorzystania. Jest sporo takich ścian we Wrocławiu, niektóre znalazły się nawet na stronie: Album – Wrocław Murale. Można też organizować wspólne warsztaty malowania, kształcące nie tylko umiejętności posługiwania się farbami, ale też uwrażliwiające na potrzebę dbałości o wspólną przestrzeń. Zdaję sobie sprawę z tego, że powyższe rady są wyrazem tzw. optymizmu pedagogicznego, toteż zaznaczam, że pewnej sceptycznej wersji tego poglądu przyznaję istotne miejsce w myśleniu.

Wspólna przestrzeń

Oczywiście, mogą nas gorszyć i irytować zabazgrane drzwi, ściany i wiaty. Widzimy zabazgrane, brudne okienko piwniczne, ale czy nie widzimy wielkoformatowej, czystej, „legalnej” (cudzysłów nie jest tu bez znaczenia) instalacji informującej nas, że jakaś osoba, znana z częstego pojawiania się w telewizji (jej zdjęcie ma wysokość trzech pięter i bardzo intensywne kolory), nabyła właśnie telefon w takiej, a nie innej sieci i jest z tego zadowolona? I ta instalacja zasłania mieszkańcom trzech pięter kamienicy okna w dzień pozbawiając we wnętrzu dziennego światła, a w nocy świeci w zamian w oczy światłem sztucznym. Albo stoi przy drodze wśród kilkunastu innych instalacji oraz informacji i znaków drogowych. Albo taka jeszcze ingerencja: kilku(nasto)metrowe zdjęcie (intensywnie różowej) szynki, z rozwiewającym wszelkie wątpliwości wyraźnym podpisem: „szynka” i dopiskiem: „kup szynkę”, a dalej: cena szynki 9.99. … Pomijam już w tym miejscu taki wątek, jak reklamy seksistowskie, obrażające przecież nie tylko kobiety (nie tylko kobiety powinny się bronić przed gładzią szpachlową itp.), ale ludzi bez względu na płeć, bo obrażające ludzki rozum. Miałam możliwość wypowiadania się na ten temat przy innych okazjach.

Motywy…

„Kto bogatemu zabroni” – ironicznie stwierdza nowe (?) przysłowie… Wracam więc na koniec do pytania o motywy mazania na murach. Nie wiem, czym kierują się poszczególne osoby mażące na murach. Niełatwym do zrealizowania byłby też zamiar pospiesznego uzyskania takiej wiedzy poprzez zwrócenie się do (zlokalizowanej wcześniej) grupy „mażących nielegalnie po murach” i pytanie ich o to. Mogę jednak powiedzieć o sobie. O tym, kiedy i dlaczego ja miewam taką (z trudem, ale ciągle jeszcze utrzymywaną w karbach) ochotę. Kiedy oto widzę budynek/wieżę/kamienicę/ogrodzenie itp. zasłonięte obrazkiem (jak żywej) kilkumetrowej kiełbasy, z wielkim, precyzyjnie wyjaśniającym sprawę, podpisem: „kiełbasa” i propozycją: „kup kiełbasę”, „cena kiełbasy”…, to mam chęć napisania kilku brzydkich słów tuż obok.

Sztuka na murach i pod ścianą
4 na podstawie 10 głosów

O Autorze

Maria Reut

Filozof, pedagog, dr hab. nauk humanistycznych, prof. nadzw. w Dolnośląskiej Szkole Wyższej. Zajmuje się m. in. filozofią hermeneutyczną, filozofią kultury, filozofią edukacji, etyką, koncepcjami narracji i tożsamości narracyjnej, filozofią sztuki. ​